Gdy słyszę, jak spierają się wierzący z ateistami, po krótkiej chwili mam ochotę trzasnąć książką, telewizorem, czy jakimkolwiek innym medium, w którym ten pseudo-spór się akurat toczy.
Ponieważ jest to kwestia zupełnie podstawowa, a jednocześnie argumenty przedstawiane na poparcie obydwu stanowisk są bardzo często całkowicie nietrafne, wyjaśnijmy tę sprawę na samym początku, żeby na przyszłość mieć w tym temacie jasność.
Zacznijmy od tego, że „Bóg” jest jednym ze słów występujących w języku, którym się posługujemy. Słowo to, podobnie jak każde inne ze słów ma swoją definicję – opis znaczenia – wystarczy sięgnąć do słownika, czy encyklopedii. Nie róbmy tego jednak w tej chwili. Niech to będzie pierwsze zadanie dla uczestników naszego sporu.
Proszę więc strony sporu, aby opisały w co wierzą, lub odpowiednio, w co nie wierzą nie używając jednak słowa „Bóg”, do woli korzystając jednak z pozostałych słów naszego języka – niech spróbują zdefiniować podstawowe pojęcie, o które toczą spór.
Wierzący: - Harmonia, miłość, dobro
Ateista: - To tylko słowa, naprawdę istnieje tylko biologia i atomy
Wierzący: - To są słowa, ale przecież nie wzięły się znikąd, te słowa opisują uczucia ludzi, które zostały nam dane. Biologia i atomy, to tylko zewnętrzna obserwacja, a przecież musimy dokonywać wyborów moralnych i wiedza o atomach nam w tym nie pomoże.
Ateista: - Wybory moralne to tylko rozwinięta funkcja biologii, widocznie czemuś służy w ewolucji.
Wierzący: - No dobra, ale muzykę lubisz? I szczerych ludzi?
Ateista: - No lubię, ale to nie znaczy od razu, że ta Twoja harmonia jest wszędzie, na świecie jest raczej więcej bałaganu niż harmonii
Wierzący: - A to, że w układzie słonecznym jest planeta, na której mogło się wykształcić życie?
Ateista: - To przypadek
Wierzący: - To Twoim zdaniem lepiej postępować dobrze, czy to wszystko jedno?
Ateista: - Lepiej dobrze, ale to tylko dlatego, że na dłuższą metę się opłaca, ale to nie ma nic wspólnego z Twoją harmonią
Wierzący: - No dobra, a wracając do atomów – to skąd one się wzięły?
Ateista: - Wielki wybuch
Wierzący: - A wielki wybuch skąd?
Ateista: - Myślisz, że harmonia jest wyjaśnieniem?
Nasi rozmówcy niby nie doszli do porozumienia, a gdy przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że w zasadzie widzą świat i zadany problem podobnie. Ateista nie neguje w pełni istnienia harmonii, tyle tylko, że się na niej nie skupia w takim stopniu, jak czyni to wierzący. Wierzący natomiast nie neguje materialnej wizji Ateisty, bo sam wie, że składa się również z ciała i kości. Każdy z nich uznaje więc istnienie wszystkich elementów, o których mówi drugi uczestnik dialogu, tyle tylko że przypisuje im nieco inną wagę. To już jest zasadniczo odmienny rezultat od spodziewanego wówczas, gdyby uczestnicy dyskusji przekrzykiwali się tylko słowami „Bóg” i „Niebóg” lub gdyby powoływali się co chwilę na jakieś konstrukcje zaczerpnięte z systemu konkretnej wiary. Obydwoje nie wiedzą natomiast tak naprawdę, skąd wziął się świat, ani skąd oni sami się na tym świecie znaleźli, co tym bardziej przybliża ich stanowiska, choć Wierzącego pewnie bardziej korci, by użyć zakazane słowo.
Mimo to na razie powiedziałbym, że 1:0 dla Ateisty, bo wszystko co mówi brzmi racjonalnie i w zasadzie zbił on każdy argument Wierzącego.
Jednak czas na kontratak:
Wierzący: - Ty, Ateista, no dobra, to w takim razie powiedz, w co Ty w takim razie nie wierzysz, skoro jesteś taki mądry?
Ateista: - Nie wierzę w te wszystkie bajki o jakimś dziadku z brodą, który gdzieś siedzi w niebie.
Wierzący: - No nie, no w takiego dziadka to ja też nie wierzę, choć nie można również wykluczyć, że właśnie tak jednak jest.
W tym momencie jeszcze większe wrażenie od uzyskania (chwilowej na razie) zgody między rozmówcami sprawia fakt, że to Wierzący nagle posługuje się językiem zwykle typowym dla racjonalistów – znamienne są słowa, że „czegoś nie można wykluczyć” – Wierzący odwołuje się do języka naukowców, by trafić Ateistę jego własna bronią.
Wierzący wyrównuje na 1:1. Na razie każdy z uczestników sporu zdobywa punkty tylko poprzez obalenie tez przeciwnika, nigdy poprzez przekonanie do własnych tez.
Ateista, trafiony, próbuje jeszcze: - No dobra, ale nie wierzę w te opowieści o niesprawdzonej, nieudowodnionej naukowo sile, która niby miałaby wszystko stworzyć i w te wszystkie opowieści, jak niby dokładnie się to stało.
Wierzący: - Niesprawdzonej naukowo? A co – niby naukowe jest twierdzenie, że coś na pewno nie istnieje, choć nauka nie znalazła dowodów ani na poparcie, ani na obalenie danej tezy?? A poza tym czego oczekujesz od nauki, której punktem wyjścia są tylko ludzkie zmysły i umysły, i która nie czyni nic innego poza opisywaniem ruchu i zależności występujących pomiędzy przedmiotami świata materialnego nie zadając sobie trudu zbadania, skąd ten ruch się w ogóle wziął? Czego oczekujesz od nauki, która bazuje na obserwacji powtarzalności doświadczenia i na racjonalności? A skoro właśnie nauka jest racjonalna to uczeni powinni z pokorą spuścić głowę i powiedzieć – nie możemy z absolutną pewnością stwierdzić, że nasze doświadczenie jutro znów się uda powtórzyć, możemy jedynie tak przypuszczać, że tak będzie, ale równie dobrze mogą przestać działać prawa przyrody, których byliśmy świadkami do tej pory. Cała nauka to tylko historia materii, w dodatku w ujęciu człowieka, więc oparta na bardzo niewiarygodnym źródle.
Ateista: - Ok., zgodzę się z tym, że nauka nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, ale dlaczego miałbym uwierzyć w jakieś opowieści dziwnej treści, o których tym bardziej nie wiadomo, czy się zgadzają?
Dialog naszych uczestników sporu powoli traci tempo. W dalszym ciągu w zasadzie dochodzą oni do zgodnych wniosków, co w tej chwili nie jest już niespodzianką. Obydwoje dostrzegają, że nie są w stanie wykazać drugiemu absolutności obowiązywania swych początkowych stanowisk. W zasadzie mogliby się zgodzić na pozycję agnostyczną - że właściwie nie wiadomo jak to jest - a w każdym razie byłby do tego skłonny Ateista, jednak nie poprzestaną na tym, bo Wierzący jest jednak przywiązany do swych pojęć – w tym również do tego jednego, zakazanego.
By pobudzić naszych oponentów do dalszego dialogu najwyższy czas na kolejne zadanie dla nich: Niech wezmą parę głębokich oddechów, niech zamkną oczy i niech na chwilę zapomną o tym, co ich w tej chwili otacza, i niech po chwili w myślach zadadzą sobie pytanie: „skąd jestem?”
Wierzący: - A skąd istniejesz? Skąd się wzięła Twoja świadomość, tego, kto w Tobie mówi i myśli?
Ateista: - (po zastanowieniu) nie wiem, nie zastanawiam się nad tym.
Wierzący: - ja też nie wiem, ale mam na to swoje słowo, którego w tym dialogu nie mogę użyć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Można kwestionować istnienie Boga, jednak nie można kwestionować samego istnienia. Po co więc kwestionować istnienie Boga?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz