Może się zdarzyć tak, że czytelnicy zapytają:
- o co mu w ogóle chodzi? Jest on w końcu wierzący, czy nie? Co właściwie zamierza wykazać?
Odpowiedzieć mogę w ten sposób, że w zasadzie jest to moja osobista sprawa, chodź w sposób nieunikniony – skoro właśnie o tych tematach piszę – prędzej czy później ujawni się również to, w co wierzę, przynajmniej do pewnego stopnia.
Natomiast niezależnie od tego w co wierzę, jestem głęboko przekonany o tym, że warto zadawać wszelkie możliwe pytania i warto szukać na nie odpowiedzi posługując się przy tym własnym rozumem. W sposób nieunikniony wiąże się to, przynajmniej na pewnym etapie z koniecznością poddania w wątpliwość wszelkich utartych opinii i założeń.
Moim punktem wyjścia jest wrażenie, że istnieję. Skoro potrafię odczuwać i myśleć, to jest to pierwsza rzecz, którą mogę o sobie powiedzieć, i której jednocześnie nie mogę zakwestionować. Nawet gdyby świat miał być iluzją, a mój jego odbiór pomyłką, to już sam fakt, że się nad tym zastanawiam świadczy jednak o tym, że jestem.
Jak zresztą wiadomo idea ta nie jest ani oryginalna, ani szczególnie nowa. Tym lepiej – oznacza to, że jest więcej osób, które podzielają mój punkt widzenia. W grupie zawsze raźniej.
Zanim jednak dojdziemy do grupy, konieczne będzie wyjaśnienie po drodze parę kwestii pośrednich.
niedziela, 27 lutego 2011
znalezisko
Szperając ostatnio na strychu natrafiłem na starą, grubą papierową teczkę. Na wierzchu widniały pospiesznym pismem napisane słowa "Auf der Suche nach Wahrheit" - "szukając prawdy". Pomyślałem, że tak nieco pretensjonalnie opisany moze być zbiór jakichś prób literackich kogoś z rodziny właścicieli, zapomniany przez nich przy przeprowadzce. Wewnątrz znalazłem kilkadziesiąt kartek maszynopisu. Zacząłem je przeglądać i wśród kilku mniej lub bardziej udanych tekstów natrafiłem na jeden wywód dotyczący po części tematu, który pojawiał się ostatnio w moim blogu. Zadałem więc sobie trud przetłumaczenia tego tekstu z niemieckiego, bo choć nieco pokrętny i prowokujący w swym podejściu, zawiera parę ciekawych stwierdzeń, nad którymi nie sposób się przez chwilę nie zastanowić. Oto ten tekst:
"13 lutego 1987
Załóżmy, że istnieje takie wyznanie spośród wielu wyznań wielu religii świata, które odkryło prawdę, w związku z czym tylko jego sposób czczenia Boga jest jedynie właściwy, a co za tym idzie, tylko wyznawcy tego jednego wyznania mogą zostać zbawieni.
Załóżmy, że istnieje takie wyznanie spośród wielu wyznań wielu religii świata, które odkryło prawdę, w związku z czym tylko jego sposób czczenia Boga jest jedynie właściwy, a co za tym idzie, tylko wyznawcy tego jednego wyznania mogą zostać zbawieni.
W takim układzie ci spośród wyznawców tego najwłaściwszego wyznania, którzy przejęli je po rodzicach mieliby po prostu wielkie szczęście - w zasadzie nie musieliby robić nic szczególnego - wystarczy, że zachowywaliby się tak jak większość wyznawców wszystkich religii, kontynuowaliby po prostu tradycję rodziców, co wystarczyłoby, aby uzyskać nagrodę życia wiecznego w Bogu, z tego tylko względu, że przyszli na świat we właściwej rodzinie.
Trzeba przyznać, że jako niedyskryminacyjny możnaby taki układ przyjąć w zasadzie tylko wtedy, gdyby istniała reinkarnacja. Bez niej fakt urodzenia nie zależałoby ani od naszej woli, ani od naszych wcześniejszych zasług, co bezzasadnie faworyzowałoby dzieci przychodzące na świat od razu we właściwym wyznaniu. Natomiast w przypadku istnienia reinkarnacji ponowne narodziny duszy w tym najwłaściwszym wyznaniu świadczyłyby o jej dojrzałości, gotowej już na zbawienie.
Jednak akurat wedle zasad panujących w tych religiach, w których reinkarnacja występuje, zbawienie, czy też, w tym wypadku – nirwana – może nastąpić na ogół dopiero ewentualnie za którymś kolejnym wcieleniem i droga ta jest generalnie bardzo mozolna i oddalona w czasie. Mając również na uwadze to, że możnaby się w przyszłości odrodzić jako wyznawca innej religii, albo w ogóle niekoniecznie jako człowiek, tylko jako zwierzę albo roślina, to ta przynależność do właściwego nurtu byłaby tylko chwilowa i wcale nie gwarantowałaby zbawienia już po obecnym życiu. Przynależność ta nie stanowiłaby w tym momencie szczególnej korzyści, bo nie byłaby decydująca dla zbawienia.
Może istnieje jednak takie wyznanie, które jest jedynie właściwe i prowadzi prosto i natychmiast do zbawienia, i które nie przewiduje reinkarnacji, a mimo to sprawiedliwie daje szansę wszystkim bez względu na urodzenie we właściwej rodzinie?
Musiałoby to być wówczas tak, że pomimo iż to wyznanie o reinkarnacji milczy, to można by się było do niego dostać właśnie przez reinkarnację. Fakt że samo to wyznanie nie przewidywałoby już reinkarnacji byłby zresztą logiczny - na tym ostatnim etapie do zbawienia Bóg po prostu ukryłby ją przed swymi ostatecznie prawdziwymi wyznawcami, bo na tym szczeblu prowadzącym prosto do zbawienia nie byłaby ona już potrzebna. Dusza prawdziwego wyznawcy dojrzała do zbawienia przez poprzednie wcielenia, o czym on sam nie wie, bo jego wyznanie mówi już o innym treściach przygotowując go w pełni na życie w Królestwie Bożym.
Tak więc jeżeli istnieje wyznanie najlepiej oddające cześć Bogu, którego wyznawcy zostaną dzięki tej prawdziwej wierze zbawieni natychmiast po śmierci, to należy go najpewniej szukać pośród religii niegłoszących reinkarnacji, przy czym osoby nieprzynależące do tego wyznania mogą się do niego dostać poprzez reinkarnację. Ewentualnie, jeśli chcą one w prostszy sposób wejść do Królestwa Bożego, mogą też od razu konwertować.
Problem polega jednak na tym, że gdyby tak rzeczywiście było, to wówczas wyznawcy tego najwłaściwszego wyznania odrzucaliby tezę o reinkarnacji, bo nie występowałaby ona pośród ich założeń religijnych. Musieliby oni wówczas godzić się na to, że zbawienie nie jest jednakowo sprawiedliwie dostępne dla wszystkich. Jednak przede wszystkim nie możnaby ich uważać za znających prawdę, bo przecież reinkarnacja by istniała, tylko oni by tego nie wiedzieli.
Jest jeszcze jedna możliwość. Musiałoby wówczas chodzić o wyznanie, do którego możnaby wejść tylko i wyłącznie przez świadome przystąpienie w wieku dorosłym, a nigdy przez urodzenie. Wówczas wyznanie to musiałoby nakazywać swoim wyznawcom całkowicie laickie wychowywanie dzieci, żeby nie prowadzić do uzyskania przez nie nieuzasadnionych korzyści. W praktyce trudne byłoby jednak ukrycie przed dziećmi własnego wyznania, więc zalecane mogłoby być w ogóle powstrzymywanie się od rozmnażania. Jednak w takiej sytuacji, gdyby to wyznanie rzeczywiście jako jedyne dawało szansę zbawienia, to możnaby liczyć na masowe zasilanie jego szeregów, co w ostatecznej konsekwencji mogłoby doprowadzić do wyginięcia ludzkości. Jednak nic by się w zasadzie nie stało, bo gdyby wszyscy się przekonwertowali i należycie wypełniali wszystkie przepisy wewnątrzwyznaniowe, to zostaliby zbawieni, więc żadna dusza przy uzyskaniu tej ostatecznej nagrody nie przejmowałaby się już tym, że akurat ziemia stała się niezamieszkana.
Nie słyszałem, aby gdzieś istniało takie wyznanie. Gdyby ktoś na to wpadł, to byłby założycielem nurtu, który nie rezygnując z monopolu na prawdę dawałby jednocześnie równą szansę wszystkim niezależnie od urodzenia. Jednak, gdyby wpadło na to więcej osób, a różniliby się między sobą co do pozostałych szczegółów sposobu czczenia Boga, wówczas znów mielibyśmy na świecie mnóstwo wyznań, z których każde mogłoby podnosić, że poznało prawdę.
Długo taki stan rzeczy nie mógłby istnieć, bo dane wyznanie kończyłoby się wraz ze śmiercią jego wyznawców. Jednak wtedy istniałaby przynajmniej szansa, że któryś z tych nowych założycieli odkryje najwłaściwszy sposób wyznawania wiary nie czyniąc tego ani trochę ze względu na szacunek dla wiary rodziców, a tylko odkrywając pełną prawdę. Wszyscy współwyznawcy również mogliby się szczycić tym, że ich wiara nie prowadzi do indoktrynacji przez wychowanie, a zatem w pełni daje równe szanse wszystkim ludziom.
Skoro jednak takie wyznanie nie opierałoby się na długiej tradycji, to jaką szansę zbawienia mieliby ci ludzie, którzy już wcześniej opuścili ten świat, zanim usłyszeli prawdę? A no wystarczyłoby przewidzieć dla nich pewien rodzaj czyśćca po śmierci, ale przed sądem ostatecznym, w którym wciąż można by się było nawrócić.
Jednak znów - sprawiedliwe byłoby to tylko wówczas, gdyby do tego czyśćca szli wszyscy na równych prawach, a nikt prosto do nieba. Gdyby jednak każdy zyskiwał prawo do nawrócenia się jeszcze po śmierci, wówczas nie możnaby mówić, o tym że tylko jedno wyznanie daje zbawienie.
Może jednak nie byłoby tego czyśćca - może wystarczyłoby, żeby każdy w swoim życiu odkrył Boga wypierając się jakiegokolwiek wpływu religii wyznawanej przez rodziców. Tacy ludzie mogli przecież żyć w przeszłości. Jeśli tylko sami wpadli na właściwy sposób czczenia Boga, to zostaną sprawiedliwie zbawieni.
Pojawia się jednak kolejne pytanie. Skoro zbawieni mogą być tylko ci, którzy dzisiaj przystąpią do właściwego wyznania, a z ludzi żyjących wcześniej tylko ci, którzy sami wpadli na właściwy sposób czczenia Boga, to w takim razie, czy nie mają łatwiejszej drogi te osoby, które po prostu zaakceptowały tylko warunki założyciela wyznania? Same niczego nie odkryły, natomiast zgodziły się po prostu na to, co odkrył założyciel. Czy osoby te będą zbawione w takim samym stopniu, jak ci, którzy sami wpadli na jedyną metodę zbawienia?
Wynikałoby z tego, że jedyną drogą, która byłaby sprawiedliwa dla wszystkich ludzi nie jest zaakceptowanie tez jakiegoś istniejącego konkretnego wyznania, natomiast wyłącznie odkrycie samemu właściwego sposobu czczenia Boga.
Czy w takiej sytuacji mogłoby istnieć całe ugrupowanie, które w jedynie właściwy, a jednocześnie jednolity sposób rozumie nakazy boskie?
Wystarczyłoby, żeby każdy zapisał na kartce podstawowe założenia swej wiary - jak wykazaliśmy wcześniej, nie mogą one być wzorowane na żadnych istniejących wcześniej religiach, bo właściwą metodę trzeba znaleźć samemu - i wrzucił do urny w umówionym miejscu. Należałoby zebrać niezależną komisję, która weryfikowałaby te opisy i gdyby któryś z nich się powtórzył, to ich autorzy mogliby założyć wspólne wyznanie. Musieliby jednak zachować je w tajemnicy, żeby nikogo niepotrzebnie nie indoktrynować. Zbawieni byliby również ci, którzy do dokładnie tych samych wniosków doszli w przeszłości i oczywiście w odpowiedni sposób czcili też Boga w praktyce.
Tak więc ugrupowanie religijne posiadające wyłączność na prawdę, które jednocześnie jest w równym stopniu dostępne dla wszystkich ludzi, to takie, którego wyznawcy doszli do właściwego sposobu czczenia Boga zupełnie samodzielnie, nieopierając się w żadnym stopniu ani o religię rodziców, ani o żadne inne znane do tej pory założenia religijne, i które zostało założone na podstawie stwierdzenia zgodności ustalonych wcześniej założeń przez jego wyznawców.
Muszę stwierdzić, że nie słyszałem, żeby takie wyznanie istniało. Nie słyszałem też o takiej urnie, do której możnaby wrzucić zapis swego stanowiska.
Ponadto wątpię, żeby istniało przynajmniej dwoje ludzi, którzy mogliby dojść dokładnie do tych samych wniosków co do sposobu czczenia Boga nie wzorując się już na jakichś wcześniejszych przekazach.
Tak więc, o ile tylko nie dopuściłem się jakiegoś błędu w tym rozumowaniu, to nie może istnieć takie wyznanie, które jako jedyne dawałoby swym wyznawcom szansę na zbawienie, a jednocześnie umożliwiałoby zbawienie wszystkim ludziom na dokładnie takich samych warunkach.
Stosunkowo najciekawsza wydaje mi się w całym tym kontekście być jednak idea reinkarnacji".
Takie rzeczy można znaleźć na luksemburskim strychu. Ciekawe jak długo autor musiał na tym tekstem myśleć, zanim to wszystko tak wykombinował. Nie podoba mi się do końca jego styl rozumowania, jednak nie można mu odebrać pewnej oryginalności w myśleniu. Będę się musiał zapytać właścicieli, czy mają w rodzinie jakiegoś buddystę albo hindusa.
Jest jeszcze jedna możliwość. Musiałoby wówczas chodzić o wyznanie, do którego możnaby wejść tylko i wyłącznie przez świadome przystąpienie w wieku dorosłym, a nigdy przez urodzenie. Wówczas wyznanie to musiałoby nakazywać swoim wyznawcom całkowicie laickie wychowywanie dzieci, żeby nie prowadzić do uzyskania przez nie nieuzasadnionych korzyści. W praktyce trudne byłoby jednak ukrycie przed dziećmi własnego wyznania, więc zalecane mogłoby być w ogóle powstrzymywanie się od rozmnażania. Jednak w takiej sytuacji, gdyby to wyznanie rzeczywiście jako jedyne dawało szansę zbawienia, to możnaby liczyć na masowe zasilanie jego szeregów, co w ostatecznej konsekwencji mogłoby doprowadzić do wyginięcia ludzkości. Jednak nic by się w zasadzie nie stało, bo gdyby wszyscy się przekonwertowali i należycie wypełniali wszystkie przepisy wewnątrzwyznaniowe, to zostaliby zbawieni, więc żadna dusza przy uzyskaniu tej ostatecznej nagrody nie przejmowałaby się już tym, że akurat ziemia stała się niezamieszkana.
Nie słyszałem, aby gdzieś istniało takie wyznanie. Gdyby ktoś na to wpadł, to byłby założycielem nurtu, który nie rezygnując z monopolu na prawdę dawałby jednocześnie równą szansę wszystkim niezależnie od urodzenia. Jednak, gdyby wpadło na to więcej osób, a różniliby się między sobą co do pozostałych szczegółów sposobu czczenia Boga, wówczas znów mielibyśmy na świecie mnóstwo wyznań, z których każde mogłoby podnosić, że poznało prawdę.
Długo taki stan rzeczy nie mógłby istnieć, bo dane wyznanie kończyłoby się wraz ze śmiercią jego wyznawców. Jednak wtedy istniałaby przynajmniej szansa, że któryś z tych nowych założycieli odkryje najwłaściwszy sposób wyznawania wiary nie czyniąc tego ani trochę ze względu na szacunek dla wiary rodziców, a tylko odkrywając pełną prawdę. Wszyscy współwyznawcy również mogliby się szczycić tym, że ich wiara nie prowadzi do indoktrynacji przez wychowanie, a zatem w pełni daje równe szanse wszystkim ludziom.
Skoro jednak takie wyznanie nie opierałoby się na długiej tradycji, to jaką szansę zbawienia mieliby ci ludzie, którzy już wcześniej opuścili ten świat, zanim usłyszeli prawdę? A no wystarczyłoby przewidzieć dla nich pewien rodzaj czyśćca po śmierci, ale przed sądem ostatecznym, w którym wciąż można by się było nawrócić.
Jednak znów - sprawiedliwe byłoby to tylko wówczas, gdyby do tego czyśćca szli wszyscy na równych prawach, a nikt prosto do nieba. Gdyby jednak każdy zyskiwał prawo do nawrócenia się jeszcze po śmierci, wówczas nie możnaby mówić, o tym że tylko jedno wyznanie daje zbawienie.
Może jednak nie byłoby tego czyśćca - może wystarczyłoby, żeby każdy w swoim życiu odkrył Boga wypierając się jakiegokolwiek wpływu religii wyznawanej przez rodziców. Tacy ludzie mogli przecież żyć w przeszłości. Jeśli tylko sami wpadli na właściwy sposób czczenia Boga, to zostaną sprawiedliwie zbawieni.
Pojawia się jednak kolejne pytanie. Skoro zbawieni mogą być tylko ci, którzy dzisiaj przystąpią do właściwego wyznania, a z ludzi żyjących wcześniej tylko ci, którzy sami wpadli na właściwy sposób czczenia Boga, to w takim razie, czy nie mają łatwiejszej drogi te osoby, które po prostu zaakceptowały tylko warunki założyciela wyznania? Same niczego nie odkryły, natomiast zgodziły się po prostu na to, co odkrył założyciel. Czy osoby te będą zbawione w takim samym stopniu, jak ci, którzy sami wpadli na jedyną metodę zbawienia?
Wynikałoby z tego, że jedyną drogą, która byłaby sprawiedliwa dla wszystkich ludzi nie jest zaakceptowanie tez jakiegoś istniejącego konkretnego wyznania, natomiast wyłącznie odkrycie samemu właściwego sposobu czczenia Boga.
Czy w takiej sytuacji mogłoby istnieć całe ugrupowanie, które w jedynie właściwy, a jednocześnie jednolity sposób rozumie nakazy boskie?
Wystarczyłoby, żeby każdy zapisał na kartce podstawowe założenia swej wiary - jak wykazaliśmy wcześniej, nie mogą one być wzorowane na żadnych istniejących wcześniej religiach, bo właściwą metodę trzeba znaleźć samemu - i wrzucił do urny w umówionym miejscu. Należałoby zebrać niezależną komisję, która weryfikowałaby te opisy i gdyby któryś z nich się powtórzył, to ich autorzy mogliby założyć wspólne wyznanie. Musieliby jednak zachować je w tajemnicy, żeby nikogo niepotrzebnie nie indoktrynować. Zbawieni byliby również ci, którzy do dokładnie tych samych wniosków doszli w przeszłości i oczywiście w odpowiedni sposób czcili też Boga w praktyce.
Tak więc ugrupowanie religijne posiadające wyłączność na prawdę, które jednocześnie jest w równym stopniu dostępne dla wszystkich ludzi, to takie, którego wyznawcy doszli do właściwego sposobu czczenia Boga zupełnie samodzielnie, nieopierając się w żadnym stopniu ani o religię rodziców, ani o żadne inne znane do tej pory założenia religijne, i które zostało założone na podstawie stwierdzenia zgodności ustalonych wcześniej założeń przez jego wyznawców.
Muszę stwierdzić, że nie słyszałem, żeby takie wyznanie istniało. Nie słyszałem też o takiej urnie, do której możnaby wrzucić zapis swego stanowiska.
Ponadto wątpię, żeby istniało przynajmniej dwoje ludzi, którzy mogliby dojść dokładnie do tych samych wniosków co do sposobu czczenia Boga nie wzorując się już na jakichś wcześniejszych przekazach.
Tak więc, o ile tylko nie dopuściłem się jakiegoś błędu w tym rozumowaniu, to nie może istnieć takie wyznanie, które jako jedyne dawałoby swym wyznawcom szansę na zbawienie, a jednocześnie umożliwiałoby zbawienie wszystkim ludziom na dokładnie takich samych warunkach.
Stosunkowo najciekawsza wydaje mi się w całym tym kontekście być jednak idea reinkarnacji".
Takie rzeczy można znaleźć na luksemburskim strychu. Ciekawe jak długo autor musiał na tym tekstem myśleć, zanim to wszystko tak wykombinował. Nie podoba mi się do końca jego styl rozumowania, jednak nie można mu odebrać pewnej oryginalności w myśleniu. Będę się musiał zapytać właścicieli, czy mają w rodzinie jakiegoś buddystę albo hindusa.
sobota, 26 lutego 2011
między słowami a wiarą
Jest jedna rzecz, która nie ułatwia dyskusji - są nią słowa. Najczęściej o nie właśnie się spieramy, a nie o samą istotę problemu. Kłócimy się najczęściej nie dlatego, że inaczej widzimy rzeczywistość, lecz dlatego, że inaczej rozumiemy słowa, które ją opisują. Moim ulubionym sporem o słowa jest spór ateistów z wierzącymi, o którym pisałem już ostatnio. Zarówno ateista, jak i wierzący stoją dokładnie w taki sam sposób wobec zagadki istnienia, kłócą się natomiast wciąż tylko o jedno słowo.
Nie przeczę, że w praktyce - w wymiarze psychologicznym - podejście wierzącego będzie się mogło różnić od podejścia ateisty. Mówi się, że wiara przenosi góry, tak więc wierzący będzie miał pewnie nieco inną motywację do działania od ateisty. Jednak, nawet w tym aspekcie możemy szybko popaść w pułapkę słów – czy ta wiara, o której mówimy, że przenosi góry staje się nią tylko dlatego, że ktoś przyjął jakieś określone intelektualne stanowisko wobec absolutu? Czy tak naprawdę ateista nie jest przypadkiem również osobą wierzącą, poprzez sam fakt istnienia i poprzez świadomość? Czy wiara, która przenosi góry nie jest po prostu wiarą w siebie, dostępną bez wyjątku każdemu człowiekowi? Kto ma wreszcie większą wiarę – wierzący z przyzwyczajenia i bez refleksji, czy poszukujący ateista?
Niezależnie od różnic psychologicznych i przyjmowanych systemów, wobec zagadki istnienia wszyscy jesteśmy identyczni. Jeśli nie podzielam stanowiska ateistów, czynię to z prostej przyczyny. Uważam mianowicie, że choć słowa mogą stanowić przeszkodę w porozumieniu, to jednak właśnie są one tym kodem, którym ludzie się posługują. I skoro słowo „Bóg” istnieje w języku, to ma ono swoje znaczenie. Na zakres owego znaczenia wskazują te wszystkie myśli ludzkie, które skupiały się nad tym zagadnieniem na przestrzeni wieków. Trudno to wszystko przekreślić jedną prostą negacją. Przede wszystkim jednak – przy pomocy tego słowa i stojących za nim systemów słów – ludzie próbują w jakiś sposób zmierzyć się z zagadką istnienia. Jeśli ateista nie zamierza w ogóle na tym skupiać swej uwagi – to jego prawo – nie oznacza to jednak, że ta zagadka go nie dotyczy. Ten jego brak chęci do zastanowienia się nad tym tematem w żaden sposób nie umniejsza też znaczenia któregokolwiek ze słów.
Jeśli używamy słowa „Bóg”, to musimy się pogodzić z wszystkim, co ma ono oznaczać, a mianowicie przede wszystkim z tym, że wykracza poza ludzki rozum. A skoro tak, to nie możemy odbierać temu słowu znaczenia akurat z tego względu, że nie w pełni się w tym ludzkim rozumie mieści (że np. nie jest weryfikowalne naukowo).
Bóg nie jest zresztą jedynym pojęciem, którego nie da się w pełni wyjaśnić. Już samo istnienie, pomimo że w zasadzie bezsporne, jest nieweryfikowalne, ponieważ nie mamy instrumentów, by wyjść poza nie i się mu dokładniej przyjrzeć.
Istnieją pojęcia, z którymi ludzie mają kłopot, bo nie mieszczą się w pełni w ich naukowo-rozumowej wizji świata, co nie zmienia faktu, że są to pojęcia należące do ich języka. Kto wie, czy właśnie te kłopotliwe pojęcia nie czynią z ludzi tymi, kim są, tzn. zdolnymi do głębszej refleksji.
Nie przeczę, że w praktyce - w wymiarze psychologicznym - podejście wierzącego będzie się mogło różnić od podejścia ateisty. Mówi się, że wiara przenosi góry, tak więc wierzący będzie miał pewnie nieco inną motywację do działania od ateisty. Jednak, nawet w tym aspekcie możemy szybko popaść w pułapkę słów – czy ta wiara, o której mówimy, że przenosi góry staje się nią tylko dlatego, że ktoś przyjął jakieś określone intelektualne stanowisko wobec absolutu? Czy tak naprawdę ateista nie jest przypadkiem również osobą wierzącą, poprzez sam fakt istnienia i poprzez świadomość? Czy wiara, która przenosi góry nie jest po prostu wiarą w siebie, dostępną bez wyjątku każdemu człowiekowi? Kto ma wreszcie większą wiarę – wierzący z przyzwyczajenia i bez refleksji, czy poszukujący ateista?
Niezależnie od różnic psychologicznych i przyjmowanych systemów, wobec zagadki istnienia wszyscy jesteśmy identyczni. Jeśli nie podzielam stanowiska ateistów, czynię to z prostej przyczyny. Uważam mianowicie, że choć słowa mogą stanowić przeszkodę w porozumieniu, to jednak właśnie są one tym kodem, którym ludzie się posługują. I skoro słowo „Bóg” istnieje w języku, to ma ono swoje znaczenie. Na zakres owego znaczenia wskazują te wszystkie myśli ludzkie, które skupiały się nad tym zagadnieniem na przestrzeni wieków. Trudno to wszystko przekreślić jedną prostą negacją. Przede wszystkim jednak – przy pomocy tego słowa i stojących za nim systemów słów – ludzie próbują w jakiś sposób zmierzyć się z zagadką istnienia. Jeśli ateista nie zamierza w ogóle na tym skupiać swej uwagi – to jego prawo – nie oznacza to jednak, że ta zagadka go nie dotyczy. Ten jego brak chęci do zastanowienia się nad tym tematem w żaden sposób nie umniejsza też znaczenia któregokolwiek ze słów.
Jeśli używamy słowa „Bóg”, to musimy się pogodzić z wszystkim, co ma ono oznaczać, a mianowicie przede wszystkim z tym, że wykracza poza ludzki rozum. A skoro tak, to nie możemy odbierać temu słowu znaczenia akurat z tego względu, że nie w pełni się w tym ludzkim rozumie mieści (że np. nie jest weryfikowalne naukowo).
Bóg nie jest zresztą jedynym pojęciem, którego nie da się w pełni wyjaśnić. Już samo istnienie, pomimo że w zasadzie bezsporne, jest nieweryfikowalne, ponieważ nie mamy instrumentów, by wyjść poza nie i się mu dokładniej przyjrzeć.
Istnieją pojęcia, z którymi ludzie mają kłopot, bo nie mieszczą się w pełni w ich naukowo-rozumowej wizji świata, co nie zmienia faktu, że są to pojęcia należące do ich języka. Kto wie, czy właśnie te kłopotliwe pojęcia nie czynią z ludzi tymi, kim są, tzn. zdolnymi do głębszej refleksji.
spór
Gdy słyszę, jak spierają się wierzący z ateistami, po krótkiej chwili mam ochotę trzasnąć książką, telewizorem, czy jakimkolwiek innym medium, w którym ten pseudo-spór się akurat toczy.
Ponieważ jest to kwestia zupełnie podstawowa, a jednocześnie argumenty przedstawiane na poparcie obydwu stanowisk są bardzo często całkowicie nietrafne, wyjaśnijmy tę sprawę na samym początku, żeby na przyszłość mieć w tym temacie jasność.
Zacznijmy od tego, że „Bóg” jest jednym ze słów występujących w języku, którym się posługujemy. Słowo to, podobnie jak każde inne ze słów ma swoją definicję – opis znaczenia – wystarczy sięgnąć do słownika, czy encyklopedii. Nie róbmy tego jednak w tej chwili. Niech to będzie pierwsze zadanie dla uczestników naszego sporu.
Proszę więc strony sporu, aby opisały w co wierzą, lub odpowiednio, w co nie wierzą nie używając jednak słowa „Bóg”, do woli korzystając jednak z pozostałych słów naszego języka – niech spróbują zdefiniować podstawowe pojęcie, o które toczą spór.
Wierzący: - Harmonia, miłość, dobro
Ateista: - To tylko słowa, naprawdę istnieje tylko biologia i atomy
Wierzący: - To są słowa, ale przecież nie wzięły się znikąd, te słowa opisują uczucia ludzi, które zostały nam dane. Biologia i atomy, to tylko zewnętrzna obserwacja, a przecież musimy dokonywać wyborów moralnych i wiedza o atomach nam w tym nie pomoże.
Ateista: - Wybory moralne to tylko rozwinięta funkcja biologii, widocznie czemuś służy w ewolucji.
Wierzący: - No dobra, ale muzykę lubisz? I szczerych ludzi?
Ateista: - No lubię, ale to nie znaczy od razu, że ta Twoja harmonia jest wszędzie, na świecie jest raczej więcej bałaganu niż harmonii
Wierzący: - A to, że w układzie słonecznym jest planeta, na której mogło się wykształcić życie?
Ateista: - To przypadek
Wierzący: - To Twoim zdaniem lepiej postępować dobrze, czy to wszystko jedno?
Ateista: - Lepiej dobrze, ale to tylko dlatego, że na dłuższą metę się opłaca, ale to nie ma nic wspólnego z Twoją harmonią
Wierzący: - No dobra, a wracając do atomów – to skąd one się wzięły?
Ateista: - Wielki wybuch
Wierzący: - A wielki wybuch skąd?
Ateista: - Myślisz, że harmonia jest wyjaśnieniem?
Nasi rozmówcy niby nie doszli do porozumienia, a gdy przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że w zasadzie widzą świat i zadany problem podobnie. Ateista nie neguje w pełni istnienia harmonii, tyle tylko, że się na niej nie skupia w takim stopniu, jak czyni to wierzący. Wierzący natomiast nie neguje materialnej wizji Ateisty, bo sam wie, że składa się również z ciała i kości. Każdy z nich uznaje więc istnienie wszystkich elementów, o których mówi drugi uczestnik dialogu, tyle tylko że przypisuje im nieco inną wagę. To już jest zasadniczo odmienny rezultat od spodziewanego wówczas, gdyby uczestnicy dyskusji przekrzykiwali się tylko słowami „Bóg” i „Niebóg” lub gdyby powoływali się co chwilę na jakieś konstrukcje zaczerpnięte z systemu konkretnej wiary. Obydwoje nie wiedzą natomiast tak naprawdę, skąd wziął się świat, ani skąd oni sami się na tym świecie znaleźli, co tym bardziej przybliża ich stanowiska, choć Wierzącego pewnie bardziej korci, by użyć zakazane słowo.
Mimo to na razie powiedziałbym, że 1:0 dla Ateisty, bo wszystko co mówi brzmi racjonalnie i w zasadzie zbił on każdy argument Wierzącego.
Jednak czas na kontratak:
Wierzący: - Ty, Ateista, no dobra, to w takim razie powiedz, w co Ty w takim razie nie wierzysz, skoro jesteś taki mądry?
Ateista: - Nie wierzę w te wszystkie bajki o jakimś dziadku z brodą, który gdzieś siedzi w niebie.
Wierzący: - No nie, no w takiego dziadka to ja też nie wierzę, choć nie można również wykluczyć, że właśnie tak jednak jest.
W tym momencie jeszcze większe wrażenie od uzyskania (chwilowej na razie) zgody między rozmówcami sprawia fakt, że to Wierzący nagle posługuje się językiem zwykle typowym dla racjonalistów – znamienne są słowa, że „czegoś nie można wykluczyć” – Wierzący odwołuje się do języka naukowców, by trafić Ateistę jego własna bronią.
Wierzący wyrównuje na 1:1. Na razie każdy z uczestników sporu zdobywa punkty tylko poprzez obalenie tez przeciwnika, nigdy poprzez przekonanie do własnych tez.
Ateista, trafiony, próbuje jeszcze: - No dobra, ale nie wierzę w te opowieści o niesprawdzonej, nieudowodnionej naukowo sile, która niby miałaby wszystko stworzyć i w te wszystkie opowieści, jak niby dokładnie się to stało.
Wierzący: - Niesprawdzonej naukowo? A co – niby naukowe jest twierdzenie, że coś na pewno nie istnieje, choć nauka nie znalazła dowodów ani na poparcie, ani na obalenie danej tezy?? A poza tym czego oczekujesz od nauki, której punktem wyjścia są tylko ludzkie zmysły i umysły, i która nie czyni nic innego poza opisywaniem ruchu i zależności występujących pomiędzy przedmiotami świata materialnego nie zadając sobie trudu zbadania, skąd ten ruch się w ogóle wziął? Czego oczekujesz od nauki, która bazuje na obserwacji powtarzalności doświadczenia i na racjonalności? A skoro właśnie nauka jest racjonalna to uczeni powinni z pokorą spuścić głowę i powiedzieć – nie możemy z absolutną pewnością stwierdzić, że nasze doświadczenie jutro znów się uda powtórzyć, możemy jedynie tak przypuszczać, że tak będzie, ale równie dobrze mogą przestać działać prawa przyrody, których byliśmy świadkami do tej pory. Cała nauka to tylko historia materii, w dodatku w ujęciu człowieka, więc oparta na bardzo niewiarygodnym źródle.
Ateista: - Ok., zgodzę się z tym, że nauka nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, ale dlaczego miałbym uwierzyć w jakieś opowieści dziwnej treści, o których tym bardziej nie wiadomo, czy się zgadzają?
Dialog naszych uczestników sporu powoli traci tempo. W dalszym ciągu w zasadzie dochodzą oni do zgodnych wniosków, co w tej chwili nie jest już niespodzianką. Obydwoje dostrzegają, że nie są w stanie wykazać drugiemu absolutności obowiązywania swych początkowych stanowisk. W zasadzie mogliby się zgodzić na pozycję agnostyczną - że właściwie nie wiadomo jak to jest - a w każdym razie byłby do tego skłonny Ateista, jednak nie poprzestaną na tym, bo Wierzący jest jednak przywiązany do swych pojęć – w tym również do tego jednego, zakazanego.
By pobudzić naszych oponentów do dalszego dialogu najwyższy czas na kolejne zadanie dla nich: Niech wezmą parę głębokich oddechów, niech zamkną oczy i niech na chwilę zapomną o tym, co ich w tej chwili otacza, i niech po chwili w myślach zadadzą sobie pytanie: „skąd jestem?”
Wierzący: - A skąd istniejesz? Skąd się wzięła Twoja świadomość, tego, kto w Tobie mówi i myśli?
Ateista: - (po zastanowieniu) nie wiem, nie zastanawiam się nad tym.
Wierzący: - ja też nie wiem, ale mam na to swoje słowo, którego w tym dialogu nie mogę użyć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Można kwestionować istnienie Boga, jednak nie można kwestionować samego istnienia. Po co więc kwestionować istnienie Boga?
Ponieważ jest to kwestia zupełnie podstawowa, a jednocześnie argumenty przedstawiane na poparcie obydwu stanowisk są bardzo często całkowicie nietrafne, wyjaśnijmy tę sprawę na samym początku, żeby na przyszłość mieć w tym temacie jasność.
Zacznijmy od tego, że „Bóg” jest jednym ze słów występujących w języku, którym się posługujemy. Słowo to, podobnie jak każde inne ze słów ma swoją definicję – opis znaczenia – wystarczy sięgnąć do słownika, czy encyklopedii. Nie róbmy tego jednak w tej chwili. Niech to będzie pierwsze zadanie dla uczestników naszego sporu.
Proszę więc strony sporu, aby opisały w co wierzą, lub odpowiednio, w co nie wierzą nie używając jednak słowa „Bóg”, do woli korzystając jednak z pozostałych słów naszego języka – niech spróbują zdefiniować podstawowe pojęcie, o które toczą spór.
Wierzący: - Harmonia, miłość, dobro
Ateista: - To tylko słowa, naprawdę istnieje tylko biologia i atomy
Wierzący: - To są słowa, ale przecież nie wzięły się znikąd, te słowa opisują uczucia ludzi, które zostały nam dane. Biologia i atomy, to tylko zewnętrzna obserwacja, a przecież musimy dokonywać wyborów moralnych i wiedza o atomach nam w tym nie pomoże.
Ateista: - Wybory moralne to tylko rozwinięta funkcja biologii, widocznie czemuś służy w ewolucji.
Wierzący: - No dobra, ale muzykę lubisz? I szczerych ludzi?
Ateista: - No lubię, ale to nie znaczy od razu, że ta Twoja harmonia jest wszędzie, na świecie jest raczej więcej bałaganu niż harmonii
Wierzący: - A to, że w układzie słonecznym jest planeta, na której mogło się wykształcić życie?
Ateista: - To przypadek
Wierzący: - To Twoim zdaniem lepiej postępować dobrze, czy to wszystko jedno?
Ateista: - Lepiej dobrze, ale to tylko dlatego, że na dłuższą metę się opłaca, ale to nie ma nic wspólnego z Twoją harmonią
Wierzący: - No dobra, a wracając do atomów – to skąd one się wzięły?
Ateista: - Wielki wybuch
Wierzący: - A wielki wybuch skąd?
Ateista: - Myślisz, że harmonia jest wyjaśnieniem?
Nasi rozmówcy niby nie doszli do porozumienia, a gdy przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że w zasadzie widzą świat i zadany problem podobnie. Ateista nie neguje w pełni istnienia harmonii, tyle tylko, że się na niej nie skupia w takim stopniu, jak czyni to wierzący. Wierzący natomiast nie neguje materialnej wizji Ateisty, bo sam wie, że składa się również z ciała i kości. Każdy z nich uznaje więc istnienie wszystkich elementów, o których mówi drugi uczestnik dialogu, tyle tylko że przypisuje im nieco inną wagę. To już jest zasadniczo odmienny rezultat od spodziewanego wówczas, gdyby uczestnicy dyskusji przekrzykiwali się tylko słowami „Bóg” i „Niebóg” lub gdyby powoływali się co chwilę na jakieś konstrukcje zaczerpnięte z systemu konkretnej wiary. Obydwoje nie wiedzą natomiast tak naprawdę, skąd wziął się świat, ani skąd oni sami się na tym świecie znaleźli, co tym bardziej przybliża ich stanowiska, choć Wierzącego pewnie bardziej korci, by użyć zakazane słowo.
Mimo to na razie powiedziałbym, że 1:0 dla Ateisty, bo wszystko co mówi brzmi racjonalnie i w zasadzie zbił on każdy argument Wierzącego.
Jednak czas na kontratak:
Wierzący: - Ty, Ateista, no dobra, to w takim razie powiedz, w co Ty w takim razie nie wierzysz, skoro jesteś taki mądry?
Ateista: - Nie wierzę w te wszystkie bajki o jakimś dziadku z brodą, który gdzieś siedzi w niebie.
Wierzący: - No nie, no w takiego dziadka to ja też nie wierzę, choć nie można również wykluczyć, że właśnie tak jednak jest.
W tym momencie jeszcze większe wrażenie od uzyskania (chwilowej na razie) zgody między rozmówcami sprawia fakt, że to Wierzący nagle posługuje się językiem zwykle typowym dla racjonalistów – znamienne są słowa, że „czegoś nie można wykluczyć” – Wierzący odwołuje się do języka naukowców, by trafić Ateistę jego własna bronią.
Wierzący wyrównuje na 1:1. Na razie każdy z uczestników sporu zdobywa punkty tylko poprzez obalenie tez przeciwnika, nigdy poprzez przekonanie do własnych tez.
Ateista, trafiony, próbuje jeszcze: - No dobra, ale nie wierzę w te opowieści o niesprawdzonej, nieudowodnionej naukowo sile, która niby miałaby wszystko stworzyć i w te wszystkie opowieści, jak niby dokładnie się to stało.
Wierzący: - Niesprawdzonej naukowo? A co – niby naukowe jest twierdzenie, że coś na pewno nie istnieje, choć nauka nie znalazła dowodów ani na poparcie, ani na obalenie danej tezy?? A poza tym czego oczekujesz od nauki, której punktem wyjścia są tylko ludzkie zmysły i umysły, i która nie czyni nic innego poza opisywaniem ruchu i zależności występujących pomiędzy przedmiotami świata materialnego nie zadając sobie trudu zbadania, skąd ten ruch się w ogóle wziął? Czego oczekujesz od nauki, która bazuje na obserwacji powtarzalności doświadczenia i na racjonalności? A skoro właśnie nauka jest racjonalna to uczeni powinni z pokorą spuścić głowę i powiedzieć – nie możemy z absolutną pewnością stwierdzić, że nasze doświadczenie jutro znów się uda powtórzyć, możemy jedynie tak przypuszczać, że tak będzie, ale równie dobrze mogą przestać działać prawa przyrody, których byliśmy świadkami do tej pory. Cała nauka to tylko historia materii, w dodatku w ujęciu człowieka, więc oparta na bardzo niewiarygodnym źródle.
Ateista: - Ok., zgodzę się z tym, że nauka nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, ale dlaczego miałbym uwierzyć w jakieś opowieści dziwnej treści, o których tym bardziej nie wiadomo, czy się zgadzają?
Dialog naszych uczestników sporu powoli traci tempo. W dalszym ciągu w zasadzie dochodzą oni do zgodnych wniosków, co w tej chwili nie jest już niespodzianką. Obydwoje dostrzegają, że nie są w stanie wykazać drugiemu absolutności obowiązywania swych początkowych stanowisk. W zasadzie mogliby się zgodzić na pozycję agnostyczną - że właściwie nie wiadomo jak to jest - a w każdym razie byłby do tego skłonny Ateista, jednak nie poprzestaną na tym, bo Wierzący jest jednak przywiązany do swych pojęć – w tym również do tego jednego, zakazanego.
By pobudzić naszych oponentów do dalszego dialogu najwyższy czas na kolejne zadanie dla nich: Niech wezmą parę głębokich oddechów, niech zamkną oczy i niech na chwilę zapomną o tym, co ich w tej chwili otacza, i niech po chwili w myślach zadadzą sobie pytanie: „skąd jestem?”
Wierzący: - A skąd istniejesz? Skąd się wzięła Twoja świadomość, tego, kto w Tobie mówi i myśli?
Ateista: - (po zastanowieniu) nie wiem, nie zastanawiam się nad tym.
Wierzący: - ja też nie wiem, ale mam na to swoje słowo, którego w tym dialogu nie mogę użyć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Można kwestionować istnienie Boga, jednak nie można kwestionować samego istnienia. Po co więc kwestionować istnienie Boga?
selbstbewusst
"selbstbewusst" oznacza w języku niemieckim "pewny siebie"
słowo to składa się z "selbst", czyli "samo-" i "bewusst"
"bewusst sein" to być (sein) czegoś świadomym.
"Bewusstsein", jako rzeczownik pisany razem to świadomość.
Przy okazji - samo "bewusst" wywodzi się od wiedzy (Wissen).
"selbstbewusst" daje więc w sumie literalnie: samoświadomy.
człowiek pewny siebie to człowiek świadomy samego siebie
słowo to składa się z "selbst", czyli "samo-" i "bewusst"
"bewusst sein" to być (sein) czegoś świadomym.
"Bewusstsein", jako rzeczownik pisany razem to świadomość.
Przy okazji - samo "bewusst" wywodzi się od wiedzy (Wissen).
"selbstbewusst" daje więc w sumie literalnie: samoświadomy.
człowiek pewny siebie to człowiek świadomy samego siebie
zamiast powitania
mowa - znaki - kod - czcionka - przekaz - komunikacja
gdzie jesteś drugi człowieku? czy właśnie tam, gdzie Cię widzę?
jaki jesteś drugi człowieku? czy właśnie taki, jakim Cię postrzegam?
kim jesteś drugi człowieku? czy właśnie jesteś tym, o kim myślę?
widzę - postrzegam - myślę - czynię to w sobie -
czy Ty tam jesteś? - czy właśnie Ty tam jesteś?
gdzie jesteś drugi człowieku? czy właśnie tam, gdzie Cię widzę?
jaki jesteś drugi człowieku? czy właśnie taki, jakim Cię postrzegam?
kim jesteś drugi człowieku? czy właśnie jesteś tym, o kim myślę?
widzę - postrzegam - myślę - czynię to w sobie -
czy Ty tam jesteś? - czy właśnie Ty tam jesteś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)